MĘSKIE- ŻEŃSKIE- Wigilia

29 lutego 2004

Krystyna Janda

Arkadiusz Borowik

Anna Bojarska

Scena 1.

WNĘTRZE. DZIEŃ. GALERIA. LILKA, SYLWEK

W głównym pomieszczeniu galerii panuje bałagan. Widać, że galeria właśnie się urządza. Jeszcze masę pudeł stoi pod ścianami. Pośrodku wielka kanapa a na niej sterty paczek i papierów. Jakieś rzeźby nie do końca odpakowane.. Wśród tego bałaganu, choinka, postawiona w oknie wystawowym. Miga światełkami. Lilka wiesza jeszcze jakieś ozdóbki. Na podłodze znajduje nagle muszelkę. Ogląda ją zdumiona. Chucha na nią i wsuwa do kieszeni. Gładzi to miejsce ręką. Rusza znów w stronę choinki, zatrzymuje się nagle i mówi do kamery: CZY I WAM SIĘ ZDARZAJĄ TAKIE MOMENTY, ŻE WYDAJE WAM SIĘ, ŻE TO WŁAŚNIE TA CHWILA, OD KTÓREJ WSZYSTKO SIĘ ZMIENI? ŻE TO TEN MOMENT? MNIE SIĘ TO ZDARZA BARDZO CZĘSTO I NIC. ALE WCIĄŻ NA NOWO PODNOSZĘ KAMYCZEK NA PLAŻY I ZAWSZE MYŚLĘ: SZCZĘŚCIE! I OD TEGO MOMENTU TEN BIEDNY KAMYCZEK NA JAKIŚ CZAS JEST ODPOWIEDZIALNY ZA WSZYSTKO. ILE TO JUŻ W MOIM ŻYCIU KAMYCZKÓW, PIÓREK, KORALIKÓW, ZAKLĘTYCH PATYCZKÓW, ZACZAROWANYCH WSTĄŻECZEK, GUZICZKÓW. WIECIE, ŻE ZNALAZŁAM PRZED CHWILĄ MUSZELKĘ? NA PODŁODZE!.... TUTAJ MUSZELKĘ!? I TYM RAZEM TO N A P E W N O SZCZĘŚCIE. JESTEM PEWNA. JESTEM SPOKOJNA. TERAZ ONA ODPOWIADA ZA WSZYSTKO. ZACZYNAM NOWE ŻYCIE...Zaczyna znów ubierać choinkę. Lilka, zaabsorbowana ubieraniem choinki, nie zwraca uwagi na Sylwka, młodego chłopaka - syna dozorcy, którego wynajęła do pomocy. Sylwek nie ma, delikatnie mówiąc, zmysłu estetyki. Obrazy wiszą krzywo. Te "nowoczesne" często "do góry nogami". Teraz właśnie odpakowuje z papieru kolejny obraz. Obraz przedstawia kobiecy akt. To mu się nareszcie podoba, zerka na Lilkę.

SYLWEK: No nareszcie. Bo ta reszta to straszne badziewie. I pani chce to sprzedawać? Kto pani to kupi? Chyba tylko jakieś świry. W tym czasie Lilka odwraca się, żeby wziąć następne świecidełka na choinkę i widzi, że SYLWEK wpatruje się w obraz i postanawia zawiesić go centralnie, zupełnie inaczej nic przygotowała to LILKA. Jednocześnie zauważa, że jeden z obrazów, pejzaż, jest zawieszony przez niego do góry nogami. LILKA: Powiesiłeś to odwrotnie! I dlaczego zmieniasz miejsca?

SYLWEK: Odwrotnie? A kto go tam wie? Skąd to pani wie? Moim zdaniem tak jest lepiej. A w ogóle to powinna pani zamówić więcej takich jak ta kobita nago, bo na tamte to nawet nikt nie spojrzy. No ten ze Starówką jeszcze może być... ale reszta...Mówię pani, lepiej pani było zrobić wypożyczalnię video, bo nie ma koło nas. Ja bym w ogóle najlepiej chciał sklep z częściami do motoru i używanym sprzętem grającym. To by pani zarobiła. Mówiąc to, i kiedy LILKA poprawia sama obraz na drabinie, on włącza radio na cały regulator.

LILKA: Wyłącz to do cholery! Wynajęłam cię do pomocy a nie na doradcę. A na motorach ani sprzęcie się nie znam. Jak ja zbankrutuję, to i ty nie będziesz miał gdzie dorobić!

SYLWEK: No i dlatego się martwię. Tylko ta goła jest fajna, jak dla mnie to mogłaby być jeszcze bardziej goła...

LILKA: Tak, to całkiem dobry obraz. Dziewczyna zresztą też niczego sobie. Studentka ASP...

SYLWEK: Zna ją pani?

LILKA: Bardzo miła, zdolna dziewczyna. Specjalizuje się w pejzażach, a w wolnych chwilach pozuje kolegom. Jak otworzę galerię, pewnie będzie tu wpadała, poznasz ją.

SYLWEK: A na co mi taka...Taka to tylko na raz i więcej ani spotkać, ani rozmawiać... a zresztą moja, jak się rozbierze, wcale nie jest gorsza, tyle że jakbym ją namalować chciał, to bym po ryju dostał i tyle. Dziewczyna musi się dobrze prowadzić. Tak matka moja mówi i ma rację. Ale tą, może jakiś śliniący się se kupi. A pani zapłaci komorne, i z głowy.

LILKA: Czy ty naprawdę nie widzisz, że to jest ładnie namalowane?

SYLWEK: (SPESZONY) A co mnie to obchodzi?

LILKA: A który z tych obrazów chciałbyś mieć w domu?

SYLWEK: Sorry, ale żadnego...

LILKA: A nie czujesz potrzeby patrzeć na coś, na coś... co wiesz... Naprawdę dla ciebie jest ważne tylko to co ci na talerz wleją?

SYLWEK: Ale ja mam kalendarz z motorami i...

LILKA: (PRZERYWA MU) Wiesz, co jest najgorsze? Że właśnie tak, to jest najważniejsze! A jak się spotka jakiegoś wrażliwego faceta, to można być pewnym, że albo wariat, albo pedał... Nie, przepraszam, mam nie najlepszy dzień. Wigilia. W takie dni u mnie wzrasta zdumiewająco niechęć do mężczyzn, wiesz, jak to u samotnej kobiety w święta. Masz rację, na pewno zbankrutuję z tymi swoimi popaprańcami!

Sylwek patrzy na Lilkę przerażony jej wybuchem słowotoku. Lilka spogląda na ściany z krzywo powieszonymi obrazami.

Lilka zauważa, że chyba trochę przesadziła. Uśmiecha się do Sylwka.

LILKA: No nic! Wieszaj tę gołą babę, na środku, to może się ktoś na nią załapie, a ona oczy zamydli, i szybko, bo do "wieczerzy" się nie wyrobimy.

Sylwek idzie w jakiś odległy kąt galerii.

LILKA Gdzie tam? Tutaj...Lilka pokazuje główną ścianę. Sylwek bez przekonania podchodzi do głównej ściany.

Scena 2.

PLENER. DZIEŃ. ULICA KOŁO GALERII. WIOLETTA, WANDA

Wanda idzie z podniszczoną torbą po ulicy. Niesie torbę bardzo delikatnie. Przed nią idzie jakaś kobieta. Jest to WIOLETTA - matka SYLWKA. Wioletta idzie z wypchanymi po brzegi siatami. Po chwili z jednej z nich wypada karp, który skacze po chodniku. Wanda widzi to, chce podejść, ale Wioletta również się orientuje, odwraca się i podnosi rybę.

WIOLETTA: Gdzie... gdzie... cholero głupia... Stara się ją nadepnąć nogą, przydusić i złapać.

WANDA: (OBURZONA) Co pani wyprawia z tą rybą?

WIOLETTA: No łapię ją. A co pani do tego? Ryba wyskakuje z ręki Wioletty. Wanda ją łapie. Przytula i czule gładzi.

WANDA: No już... Spokojnie malutka... Już dobrze... Goła ryba!

WIOLETTA: A co ma w sukience być? Wioletta patrzy na Wandę jak na wariatkę. Teraz to, co człowiek wyjdzie na miasto, to wariata spotka! Pani da tę rybę. Wanda oddaje rybę Wioletcie. Ta upycha rybę do siatki.

WANDA: Ostrożnie...

WIOLETTA: Co ostrożnie? Przecież za chwilę i tak pójdzie na patelnię.

WANDA: Ale musi ją pani wcześniej zabić, to przynajmniej przed śmiercią niech jej pani już nie męczy.

WIOLETTA: Przecież ona nie ma rozumu. A co się pani wtrąca? Kupiłam tą rybę i mogę robić z nią, co mi się podoba. I niech pani już nic nie mówi, bo będę się jej brzydziła jeść.

WANDA: A słyszała pani o prawach zwierząt?

WIOLETTA: To nie zwierzę, tylko ryba. I ryba nie myśli.

WANDA: Skąd pani wie?

Wioletta patrzy na Wandę i aż otwiera usta ze zdumienia.

WIOLETTA: U nas w bloku była taka wariatka, co chciała ochrzcić swojego pudla. Tak go kochała. Mówiła, że on wszystko rozumie i czuje. Męczyła naszego księdza..

WANDA: I co ?

WIOLETTA: No nic. Pani tu, nie daj Boże, mieszka?

WANDA: Nie.

Wanda zostawia Wiolettę, która stara się przetrawić rozmowę.

Scena 3.

WNĘTRZE. DZIEŃ. GALERIA. LILKA, WANDA, KONRAD, WIOLETTA

Lilka ogląda galerię i efekt ubranej na wystawie choinki, z zadowoleniem. Wchodzi do galerii. Zadowolona włącza lampki. W galerii zastaje Konrada, ojca Sylwka . Obaj przenoszą jakąś rzeźbę. Nie rozumie sytuacji.

SYLWEK: To mój ojciec. Skończy za mnie, bo ja zaraz muszę lecieć. Za godzinę będzie tyle samo. Niech pani się nie martwi...

KONRAD: Konrad jezdem.

LILKA: Miło mi. Tylko niech pan wiesza wszystko tak jak poukładałam. Dobrze? Kątem oka zerka na Konrada odwracającego kolejny obraz do góry nogami. Tak jak ustawiłam. Niech pan nic nie kombinuje!

SYLWEK: Lecę po narzeczoną. Przyjeżdża na wigilię.

LILKA: Najlepsze życzenia.

SYLWEK: A te obrazy jeszcze takie nie najgorsze. Może jakoś pójdzie. Niech się pani nie martwi. A w razie czego zrobimy tu razem sklep z częściami. Ja się na tym znam. Pani nic nie będzie musiała robić.

KONRAD: (PATRZĄC NA LILKĘ, NIC NIE ROZUMIEJĄC I PRZEKŁADAJĄC OBRAZ) Gdzie tu jest góra, gdzie dół? Nawet nie wiem, co to jest.Rozlega się brzęczyk w drzwiach. Do galerii wchodzi Wanda - córka Lilki, z wielką, podniszczoną torbą.

LILKA: Wanda...? Cieszę się, że przyszłaś wcześniej... Pomożesz mi tu trochę ogarnąć, a później w spokoju siądziemy razem do stołu i...Wanda ostrożnie stawia swoją torbę za kanapą, pod ścianą.

WANDA: (PRZERYWA MATCE) Nic z tego, mamo! Przełam się ze mną opłatkiem, złóżmy sobie życzenia i muszę lecieć. Wpadłam na chwilkę. Mam dyżur.

Wanda zdejmuje kożuch. Lilka patrzy na córkę wzburzona.

LILKA: Dyżur? Trzecią wigilię z rzędu!? Przecież tam są i inni lekarze...To czemu znów ciebie w to wrobili?

WANDA: Bo nie mam męża ani dzieci. To proste mamo.

LILKA:Ale masz mnie!! Matka się nie liczy?

WANDA: Daj mi szklankę wody i lecę.

Lilka, idąc do kuchenki na zapleczu, cały czas marudzi pod nosem na temat pracy córki i jej podejścia do świąt. Wanda rozgląda się po galerii. Teraz dopiero zwraca uwagę na Konrada, stojącego w kącie galerii na drabinie. Ten kłania się jej niezręcznie.

WANDA: Dzień dobry.

KONRAD: Znaczy się... pani doktór?

WANDA: Aha... Weterynarii...

Rozlega się cichutkie jakby skomlenie. Wanda nasłuchuje. Głośno chrząka, po czym podchodzi do stojącego na oknie magnetofonu. Przegląda kasety. Włącza dość głośno kolędę. Lilka wraca ze szklankami i butelką wody mineralnej.

LILKA: (MARUDZĄC) Pewnie... Niech sobie matka sama siedzi przy stole... Prędzej śledź do mnie zagada w wigilijny wieczór i dotrzyma mi towarzystwa niż moje własne dziecko...Trzecią wigilię jestem sama... Powinnam napisać na tej galerii OTWARCIE! WIGILIA DLA WSZYSTKICH!

WANDA: Świetny pomysł marketingowy, tyle tylko że potem mogłabyś już prowadzić tylko stołówkę dla bezdomnych i poradnię dla samotnych a nie galerię sztuki. Powinnaś mieć chociaż psa...

LILKA: Rozmawiałyśmy już o tym. Był jeden pies w moim życiu, Lonio, a teraz każdy inny byłby zdradą pamięci Lonia. Ja nie mogę... I nic już nie mówię. Nie jestem taka głupia, wiem, że ktoś musi wziąć dyżur, i dobrze, że to jesteś ty, bo żadne dzieci nie płaczą... To znaczy, że teraz mam ci dać prezent? Dobrze... Trochę to głupio, nie? Wanda słucha słowotoku matki najwyraźniej wzruszona.

WANDA: Mamo... Lata lecą, ty jesteś cały czas tak samo, słodko szurnięta. Za to cię lubię. Dawaj ten opłatek. Życzę Ci, nieszczęsna kobieto, moja matko...

LILKA: Panie Konradzie, zejdź pan na ziemię z tej drabiny i dołączy do nas.

KONRAD: Momencik, tylko skończę.

Wkręca w ścianę jakiś wkręt, trzymając obraz pod pachą. Nie idzie mu robota. Wanda odrywa kawałek opłatka Lilki.

WANDA: Życzę ci matko... bezrobotna kobieto, zredukowana w pracy w muzealnictwie...Wypełniona nikomu niepotrzebną i do niczego nieprzydatną wiedzą, nadmiarem energii w swoim wieku i sił witalnych, nadmiarem marzeń i naiwności...Lilka jest wzruszona, żeby się nie rozpłakać, dość obcesowo przerywa córce.

LILKA: Żeby było lepiej.

WANDA: Żeby było lepiej. Żeby ta Galeria... była dla ciebie... (ZASTANAWIA SIĘ CHWILĘ) Tym, czym byś chciała, żeby dla ciebie była.

Lilka przynosi spod choinki paczkę, przewiązaną różową wstążką.

LILKA: To dla ciebie.

WANDA: Kochana jesteś... Nieważne, że niezrównoważona psychicznie...

LILKA: Naprawdę nie przyjdziesz? A może wyleczysz szybko te swoje bydlęta i będziesz miała przerwę? Zrobiłam pyszne śledzie. I w oliwie, i w śmietanie, i w majonezie, i we wszystkim, do czego tylko można wpakować śledzia... I co więcej, były całkiem nieżywe jak je robiłam. Kupiłam je już martwe.... Przyjdziesz na stypę po śledziach?

WANDA: Mamo, czy wiesz, co znaczy słowo DYŻUR CAŁONOCNY, czy nie wiesz? Wpadnę do ciebie jutro, jak odeśpię. (PAUZA) Zresztą jako wegetarianka nie powinnam jeść ryb...

LILKA: Przestań. A w ogóle ryba to nie jest żadne mięso, tylko... (Zastanawia się chwilę) tylko ryba i już...

WANDA: Zaczynasz mówić jak jedna kretynka, którą spotkałam przed galerią.

Konrad schodzi z drabiny.

LILKA: (ZDZIWIONA, WĘSZĄC PODSTĘP) Rozmawiałaś z jakąś kobietą, o tym, że ryba to nie mięso?

WANDA: Nie... Że ryba to nie zwierzę i w ogóle... o gołej rybie...

Lilka patrzy na córkę jak na wariatkę

LILKA: To musiała być jakaś większa kretynka, ale wiesz co... Ja też rozmawiałam dzisiaj o aktach. Ciekawe co by było jakbym poprosiła znajomego malarza, żeby namalował dwie ryby, gołą i w sukience...

Konrad aż się krztusi z wrażenia.

LILKA: Ale wracając do tej twojej kretynki, patroszyłam kiedyś rybę i miała serce, więc... ale poczekaj, bo było coś tak: płazy, gady i ryby... to może...

Konrad podchodzi do rozmawiających kobiet. Wanda zauważa Wiolettę, która podchodzi do przeszklonych drzwi, zagląda, sprawdzając czy jest tam jej mąż.

WANDA: O, to ta...

Lilka spogląda na Wiolettę za oknem, potem na Konrada, który słyszy całą rozmowę i też wie, że mówią o jego żonie.

Scena 4.

PLENER. DZIEŃ. ULICA PRZED GALERIĄ. WIOLETTA

Wioletta obserwuje wnętrze galerii przez szybę. Nieświadoma, że o niej rozmawiają przykleja się całą twarzą do wystawy. Wypatruje męża, nie zwracając uwagi na Wandę i Lilkę, które na nią patrzą.

Cięcie.

Scena 5. (kontynuacja sceny 3)

WNĘTRZE. DZIEŃ. GALERIA. LILKA, WANDA, KONRAD, WIOLETTA

Tymczasem w galerii, Wanda nie zauważając mówi dalej.

WANDA: Nie wysilaj się, kiedyś ci to wytłumaczę, uczyłam się o tym, ale... Czego to baba tu chce? Dlaczego ona nas podgląda?

LILKA: Znasz ją?

WANDA: To właśnie niedrożna morderczyni ryb, o której ci mówiłam.

W tej chwili do galerii wchodzi Wioletta, która wypatrzyła Konrada przez szybę. Konrad ma minę nieszczęśliwego. Rzuca się do wieszania obrazów.

LILKA: Słucham. W czym mogę pani pomóc?

WIOLETTA: (KATEGORYCZNIE) Przyszłam po męża, bo musi zabić karpia. Strasznie żywego złowili i sprzedawali... A już późno....

Wioletta zauważa Wandę, kojarzy ją.

LILKA: (Z GŁUPIA FRANT) To jest moja córka - Wanda...

WANDA: To moja matka.

WIOLETTA: Yyy... tak... Przepraszam.

Podchodzi do dziwnie zasłaniającego obraz męża. No co ty tak stoisz? Zbieraj się, tylko na jednej nodze!

KONRAD: (NIE ODSTĘPUJĄC ŚCIANY) Łamałem się opłatkiem z paniami...

WIOLETTA: Chodź i weź młotek... Kompan się znalazł! Do opłatka! W domu masz swój opłatek. Już ja ci złożę życzenia dzisiaj!

Wioletta odciąga Konrada od obrazu. Wtedy zauważa obraz powieszony jeszcze przez syna na środku - nagą kobietę.

WIOLETTA: A, to o taki opłatek ci chodzi, świnio jedna, ty...

LILKA: Wynajęłam do pomocy pani syna, męża poznałam przed chwilą... Może się przedstawię, Lilka...

WIOLETTA: Wioletta Mazur. Widzi pani, pani Liliano, jakie te chłopy dzisiaj! Szkoda, że pani nie widziała gazety, jaką kiedyś znalazłam u niego pod fotelem... Im starszy tym głupszy... Świntuch jeden... Mówił, że to tak w sklepie sprzedali z fotelem. Tapicer zostawił...

WANDA: Tak, bo wszyscy tapicerzy to pijaki i świntuchy, zgadzam się... mnie też jeden ...

WIOLETTA: (PRZERYWA JEJ) Przez panią to ja pierwszy w życiu raz ryby nie mogę zabić, że o zjedzeniu nie wspomnę, niech młodzi jedzą, a ja nawet patrzeć nie będę....(DO KONRADA) A ty rób jak chcesz... wcale nie musisz przychodzić do domu na wigilię. Możesz się umówić z tym bohomazem, albo z tapicerem... Byleś zabił karpia i możesz nie wracać...

Zdenerwowana Wioletta wychodzi, trzaskając drzwiami. Pan Konrad, skrępowany, na jednej nodze znika za małżonką.

WANDA: Chyba się wygłupiłam...

LILKA: (MACHA RĘKĄ) Nie, cholera, ale to jedyni ludzie, którzy tu chcieli pracować i na których mnie stać....

WANDA: Jak ona do ciebie mówi...?Naśladując Wiolettę Pani Liliano! Obie się śmieją.

LILKA: Na czym skończyłyśmy? Lilka podnosi opłatek. Ja ci życzę, umytych włosów, miłości, wreszcie męża, pieniędzy, szczęścia, wolnego czasu, siedmiorga dzieci, kariery, samych podróży zagranicznych... Nie mogę ci życzyć, żeby wszystkie zwierzęta na świecie były odtąd zdrowe, bo byś umarła z głodu... Niech chorują, ale bez przesady... Tak troszeczkę... No i żeby bez marudzenia, od razu dawały ci się wyleczyć... a propos, czy leczy się ryby?

Wanda i Lilka całują się.

WANDA: Tak, ale to musi być specjalista, psychiatra. O co ci chodzi z włosami?

LILKA: No z takimi włosami na pewno nikogo nie znajdziesz. Wanda zakłada kożuch

WANDA: Wiesz, po ostatnim doświadczeniu mam dosyć, jak kobieta rezygnuje to i krem do depilacji nóg stoi w szafie... Idę, bo jeszcze się rozpłaczę wcześniej niż zwykle. W dodatku przy świadku. Wesołych świąt, mamo. Przyjdę jutro. I... powodzenia na nowej drodze życia! Bo ja już na nic nie liczę... I... bardzo, bardzo cię przepraszam...

Pokazuje głową galerię. Wyraźnie wzruszona. Płacze.

LILKA: Za co?....

WANDA: Tak mówię... ogólnie... Zrozum mnie!

Lilka nic nie rozumie. Zamyka za nią drzwi, wraca. Siada na krześle, zasłuchana nostalgicznie w kolędy.

Cięcie.

Scena 6.

PLENER. DZIEŃ. ULICA PRZED GALERIĄ. KONRAD, WANDA

Wanda pospiesznie wychodzi z galerii. Na progu klatki schodowej stoi, paląc papierosa, Konrad. Na ziemi leży karp i młotek. Duży nóż. Konrad jest wyraźnie w stresie.

KONRAD: A co to pani doktór już idzie? Może pani mogłaby go uśpić zastrzykiem? Tak po ludzku... bo cholera... tak zabić w wigilię... to głupio...Spogląda w okno swojego mieszkania z obawą.

WANDA: Nie mam nic przy sobie. Mam prośbę, niech pan mamy nie zostawia... Mama nie da sobie rady sama.... A ja mogę kupić od pana tego karpia. Chce pan?

Konrad zastanawia się.

KONRAD: No a ona? Pokazuje głową okno.

WANDA: Niech pan idzie i kupi innego, już zabitego....Wie pan, mama.... Kobiety tak udają, że wszystko potrafią, a tak naprawdę bez mężczyzny samotnej kobiecie ciężko....

Konrad nerwowo ogląda się za siebie. Bierze pieniądze od Wandy. Wanda pakuje karpia w chusteczkę do nosa i wrzuca do torebki, odwraca się i prawie biegnie, zostawiając Konrada ze zdziwieniem na twarzy.

Scena 7.

WNĘTRZE. DZIEŃ. GALERIA. LILKA, WANDA, KONRAD, WIOLETTA

Tymczasem Lilka siedzi w galerii, słuchając kolęd. Kończy się jedna z nich i Lilka wyraźnie słyszy jakieś piski. Podchodzi do magnetofonu i wyłącza go. Wyraźnie słychać żałosne, skomlące jęki. Zamiera. Rozgląda się. Po krótkich poszukiwaniach znajduje pozostawioną przez Wandę torbę. Otwiera. W torbie leży spokojnie, poraniony, obandażowany pies.

LILKA: O do cholery! (ZAUWAŻA KARTKĘ LEŻĄCĄ OBOK PSA.) Bierze ją i czyta. Vetoxyna 3 x dziennie, Taryzen - smarować rany... Oż ty! (WYBUCHA) Ty małpo wstrętna! Ty podła córeczko! (WRACA DO CZYTANIA, CÓRKA NAJWYRA¬NIEJ PRZEWIDZIAŁA REAKCJĘ LILKI)....Masz rację, jestem podła i wstrętna, tam w torbie są też leki, które masz mu podawać...(DO SIEBIE) Ja ci dam! (KRZYCZY DO PSA) Siedź tu ! Nie ruszaj się! (CZYTA DALEJ) Pamiętaj, że dzisiaj jest Wigilia i wszyscy musimy być dla siebie dobrzy...

Lilka odkłada kartkę. Patrzy na psa, który wygramolił się z torby.

LILKA: I czego tak patrzysz? O kochany! Nie ma cię, ja cię w ogóle nie widziałam! Podchodzi do telefonu. Wciska numer.

LILKA: (DO SŁUCHAWKI) Proszę przekazać, jak tylko przyjedzie pani doktor Wanda Janicka, niech natychmiast zadzwoni do matki.

Chwilę słucha. Konrad, który wchodzi w momencie kiedy Lilka wybucha, z wrażenia staje jak wryty i nie zamyka drzwi galerii.

LILKA Ma zadzwonić natychmiast jak tylko przekroczy próg lecznicy! (KONTRASTOWO ŁAGODNIE) Nie, nic się nie stało. Dlaczego miało się coś stać? Ja w ogóle nie krzyczę!. Przecież dziś wigilia i mamy być dla siebie mili! Ja nie krzyczę tylko kategorycznie proszę o telefon. Do widzenia.

Lilka odkłada słuchawkę. Konrad stoi obok i patrzy.

KONRAD: Co się stało?

LILKA: Nic takiego, tylko ta cwaniara podrzuciła mi inwalidę. Od razu coś czułam.

KONRAD: Inwalidę? Mówiła coś, że pani jest sama...

LILKA: Ja jej dam sama....Chory pies na samotność i kłopoty życiowe.... Psycholog wiejski dla ubogich.... Całe życie próbuje robić ze mną takie numery. Odkąd się nauczyła chodzić, znosi do domu różne chore zwierzaki... A ja głupia zawsze daję się nabrać...

KONRAD: A gdzie ten pies?

LILKA: ...(Lilka i Konrad zaczynają rozglądać się za psem.) Cholera, no chyba nie....(Lilka zauważa, że drzwi wcale nie są zamknięte. DO KONRADA) Nie zamknął pan drzwi? Boże kochany... Niech pan biegnie go szukać!

KONRAD: A jak on wyglądał?

LILKA: No normalnie. Jak pies. Taki pies naprawdę psi, taki bardzo pies... Biały w łaty. Reksio. Ja też idę.... Szlag by trafił.....

Lilka pospiesznie zakłada płaszcz.

Cięcie.

Scena 8.

PLENER. DZIEŃ. PODWÓRKO. LILKA, KONRAD

Konrad i Lilka chodzą po podwórku w poszukiwaniu psa.

KONRAD: Jak on się właściwie nazywa, bo nie wiem jak na niego wołać?

LILKA: Skąd ja mogę wiedzieć. Nawet nie wiem czy on to wie. Niech pan woła piesku.

KONRAD: Piesku! Piesku! Chodź do swojej pani...

Lilka rzuca mu spojrzenie.

LILKA: Niech spada, nie jestem jego panią.

KONRAD: No to co mam mu powiedzieć? Powiem pani, że taki pies w galerii to bardzo dobry pomysł. Przypilnuje... Tak, tak... wiem co mówię. Mój szwagier ma sklep na starówce, to wie pani, ile go kosztują te wszystkie systemy alarmowe? A tutaj... proszę bardzo... Da mu pani byle co zeżreć i się będzie cieszył. Jak mu pani nie przyłoży za często, to nauczy się i nie będzie więcej uciekał.

Lilka patrzy na Konrada raczej z dezaprobatą.

LILKA: Piesku! Reksio! Azor! Burek! Pies!

KONRAD: Mówiła pani, że nie wie jak on się nazywa?

LILKA: Bo nie wiem, ale może trafię. Ludzie są nudni i zawsze nazywają psy tak samo.

KONRAD: A jak to suka? U mojego szwagra suka ma na imię Dżamela. Nikt by tego w życiu nie wymyślił ani na to nie wpadł...

LILKA: Piesku! Nie to nie może być suka! Na sukę bym się tak nie darła. Ja musiałam poczuć, że to był pies.

KONRAD: (KONTYNUUJĄC) Czy suka, czy pies, nieważne. Dla złodzieja nie ma różnicy. A wyobraża sobie pani, że idzie pani do banku sama z dużym utargiem?

LILKA: Na razie to nawet nie wyobrażam sobie dużego utargu.

KONRAD: Ale kiedyś... Z psem zawsze bezpieczniej.

LILKA: Nie ma go tu... Może schował się w piwnicy.

Cięcie.

Scena 9.

WNĘTRZE. DZIEŃ. PIWNICA. LILKA, KONRAD

Lilka i Konrad idą po piwnicy. Słabe światło.

LILKA: Cholera jasna, nie wiem co powiem Wandzie, jak go nie znajdę.

KONRAD: Przecież panią zdenerwowała. A poza tym teraz ma karpia. Jakby pani nazwała karpia?

LILKA: Karp. Jakiego karpia? Nic pan nie rozumie.

KONRAD: Cholera jasna, ciemno, nic nie widać... ja bym karpia nazwał Roman. Chyba żeby to była suka? Znaczy kobieta? No znaczy ryba damska? To wtedy Wiola, o matko! Zabiłbym kobietę! Ciekaw, czy to, co kupiłem, co teraz smaży, to kobieta czy mężczyzna? Jak pani myśli, ryba ma płeć? No ja tego nie wezmę do ust....

LILKA: Co? Czy ryba ma płeć? A co panu przychodzi do głowy? O Boże, teraz to i ja śledzia nie ruszę... Chodźmy stąd. Psy nie łażą po piwnicach...

Scena 10.

PLENER. DZIEŃ. PODWÓRKO KOŁO ŚMIETNIKA. LILKA, KONRAD, WIOLETTA

Wioletta idzie po podwórku z kubłem śmieci. Podchodzi do pojemnika. W trakcie wysypywania śmieci, z kubła coś wypada. Podbiega pies i zjada to. Jest to pies, którego szuka Lilka.

WIOLETTA: A ty czego? Wynoś się stąd przybłędo! Pies siada i patrzy na Wiolettę, w nadziei, że jeszcze coś dostanie. W tej chwili na podwórko wchodzą Lilka i Konrad. Konrad jeszcze tego nie wie, ale całe jasne ubranie z przodu ma czarne.

LILKA: Jest!

Podbiegają do zaskoczonej Wioletty.

LILKA: Pani Wiolu, nie wiem jak się pani odwdzięczę.

WIOLETTA: Że niby co?

LILKA: Szukamy tego psa od godziny.

WIOLETTA: (SPOGLĄDAJĄC NA MĘŻA) Chryste panie! Jak ty wyglądasz!?

Teraz dopiero Lilka i Konrad zwracają uwagę na jego ubranie.

KONRAD: Ja? Nieporadnie stara się zetrzeć brud, bez żadnego skutku.

WIOLETTA: Czyś ty już całkiem zgłupiał, chłopie?

KONRAD: No co... Psa łapałem...

WIOLETTA: Dosyć tego! Dzisiaj jest wigilia, a ty zamiast pomagać w domu, obce psy łapiesz, hyclu jeden!?

LILKA: Za sześć złotych za godzinę, Pani Wiolu...

WIOLETTA: Niech się pani nie wtrąca, jak rozmawiam ze swoim mężem... Sama pani chłopa nie ma, to pani cudzego umorduje....

KONRAD: (Z OPUSZCZONĄ GŁOWĄ) Ale Wiolusiu... ja pracuję.

WIOLETTA: Ja trzeci dzień przy garach stoję i dla kogo? Najpierw jeden mówi, że tylko na chwilę, do galerii, żeby pomóc... Teraz drugi zgłupiał. Ja ci dam pracę! I co? Siedzisz tam pół dnia, a jak już nie masz co robić, to w najlepszym swetrze wycierasz się po piwnicach. Jak ty wyglądasz? Uflogany jak ostatnia świnia!

Konrad spogląda na Lilkę, która nie chce się wtrącać. Zbiera się w sobie i stawia się.

KONRAD: Przestań wreszcie, kobieto! Dla ciebie ważniejsza jest kolacja od nieszczęścia ludzkiego i... Zwierzęcego. A ja, jak mnie proszą o pomoc, to pomagam, szczególnie kobiecie, mam ostatecznie jakąś wrażliwość... Lilka w międzyczasie wyjęła pieniądze i chce mu zapłacić, albo wcisnąć pieniądze pani Wiolettcie.

WIOLETTA: Co ty masz...?

KONRAD: Nie przerywaj, teraz ja mówię! DO LILKI I dziś pracowałem za darmo, i Sylwek. Na początek. W wigilię. Potem będziemy się liczyć w normalny dzień...

WIOLETTA: (WŚCIEKŁA) Co to znaczy "nie przerywaj"?! Co ty sobie wyobrażasz? Że co to ja jestem.... I co ty będziesz naszymi pieniędzmi się rządził!

Doprowadzona do ostateczności Wioletta uderza Konrada pustym wiadrem. Bierze pieniądze od LILKI. Odwraca się i idzie. Konrad po chwili biegnie za nią, usiłując przeprosić. Lilka patrzy jeszcze chwilę za odchodzącą parą, po czym pochyla się nad psem. Bierze jego łeb w swoje ręce.

LILKA: Widziałeś bracie to co ja...? Z kim trzymasz? Z nią czy z nim? A w ogóle to jak można z nią trzymać... No chodź...

Cięcie.

Scena 11.

WNĘTRZE. WIECZÓR. PRZYCHODNIA. POCZEKALNIA

Wieczór. Smutna poczekalnia, w której siedzi kilka osób ze swoimi zwierzakami. Jest Wiesia - starsza pani z suczką tuż przed porodem, obok zatroskane młode małżeństwo (Andrzej i Gabrysia) z papugą, z chorym skrzydłem. Siedzi również kobieta (Bożena) w futrze. Na kolanach trzyma małego pieska, a przy uchu telefon komórkowy. Cały czas płacze. Ma chusteczki higieniczne we włosach na całej twarzy. Czerwone oczy.

BOŻENA: (DO TELEFONU, CAŁY CZAS PŁACZĄC) Zapamiętaj sobie, że pani Heli robić pasemka z tego blondu amerykańskiego, w czterech kolorach, na 15 minut, bo ona nie ma czasu! Zimeckiej nie za dużo odżywki i tej lepszej z mojej szafki, bo jej się przetłuszczają, powiedz Halince, żeby nie dawała od skóry tylko na końce.... Ale ja chyba lepiej wiem, czeszę się u nas od dwudziestu lat... O matko, zapomniałabym, Święch dajcie bardzo dużo piany, żeby miała dużo włosów, bo ona uważa, że jak przyjdzie do nas to ma więcej włosów, a u innych mniej, a jest i tak prawie łysa i jak będzie pytała czy jej wypadają włosy, to mówcie, że nie, ani jeden nie wypadł... i jakby co, to dzwoń. Nie, nie mogę! Mogę być potargana. Mnie nawet świata się odechciało. Pies mi umiera. Przegląda się w szklanych drzwiczkach szafki lekarskiej, albo w lustrze wiszącym w poczekalni. Jest rzeczywiście potwornie potargana i ma sto kolorów na głowie. W trakcie jej monologu, do poczekalni wchodzi Lilka. Na rękach trzyma psa od Wandy, a w ręku dużą torbę. Siada na samym końcu i zdziwiona słucha monologu do telefonu. Jak skończycie, to się poczeszcie same i idźcie do domu. Klucz niech Grzesio weźmie..... Co? Złodziejka jedna!... Nie wiem, co mi ukradła, ale na pewno coś mi ukradła!..... Boże, co za kretynka!

Patrzy na wszystkich porozumiewawczo, że taki kłopot teraz z personelem. Potem wzdycha do siebie. Po chwili rozlega się głos jak echo.

GŁOS: Boże, co to za kretynka.

Pani Bożenka spogląda na zebranych oskarżycielsko. Małżeństwo z papugą uśmiecha się przepraszająco.

GABRYSIA: Bardzo panią przepraszam... To nasza papuga... Jadzia... Nie chodziło jej o panią...

BOŻENKA: ......

ANDRZEJ: Tak ogólnie... Powtarza co jej ślina na język przyniesie. Ale zawsze jak coś zbroi, chowa głowę pod skrzydło. Niech pani zobaczy. DO PAPUGI Brzydka, niedobra Jadzia... fe...Papuga nie reaguje. Andrzej jest trochę zmieszany. To dziwne, zawsze reagowała.

WIESIA: Niech pan jej nie stresuje. Jest chora... Co jej jest?

GABRYSIA: Złamała skrzydełko. A pani piesek?

WIESIA: Suczka. Zaraz będzie miała szczeniaczki... A ja się tak boję... Ja sama dzieci nie miałam. Nie wiem, jak się przyjmuje poród, więc przyszłam .....

BOŻENKA: Wykręca znów jakiś numer telefonu. Zenek, weźcie tam sobie coś do zjedzenia. Ja nie wiem, o której wrócę. Marzena i tak idzie do narzeczonego, Waldek chyba by umarł jakby z nami usiadł do stołu a ty i tak wolisz iść do kolegów.... Tylko że ja nie mam samochodu... a zresztą.... Poradzę sobie...

WIESIA: Wigilia to piękny dzień... Ale za rok też będzie, a jakby mojej Suni się coś stało, nigdy bym sobie nie darowała... Po śmierci męża tylko ona mi została.... A teraz na stare lata Suni zdarzyła się ciąża. To chyba też razem wychowamy jej dzieci... Szkoda, że mąż tego nie doczekał

BOŻENKA: (WZRUSZONA) Tak... mój Berni... nie doczeka niczego. Ma nosówkę. Nic nie pomaga...

ANDRZEJ: Może pani Wanda coś poradzi...

BOŻENKA: Co tu radzić? Nie zaszczepili go bandyci i tak sprzedali. Teraz to zbrodniarz na zbrodniarzu, złodziej na złodzieju...Wszyscy zerkają na Lilkę siedzącą na uboczu z plecakiem i psem.

WIESIA: A co z pani pieskiem?

LILKA: Został podstępnie podrzucony.

ANDRZEJ: To znaczy... porzucony...

LILKA: Nie, nie... wiem co mówię, on został podrzucony.

GABRYSIA: Ale co mu jest?

LILKA: A skąd ja mogę wiedzieć, co mu jest? Niech mu będzie co chce! Mnie na litość nie weźmie...

WIESIA: Proszę tak nie mówić... jest śliczny... Jak się wabi?

LILKA: Nie mam pojęcia. I w ogóle mnie to nie obchodzi...

Zebrani spoglądają po sobie zniesmaczeni zachowaniem Lilki.

BOŻENKA: Boże kochany... A potem się dziwimy, że tyle nieszczęśliwych psów błąka się po ulicach... Z takim podejściem...

W tej chwili do poczekalni wchodzi bezdomny. Jest pijany, brudny i nie najlepiej pachnie. Pod kurtką trzyma małego psiaka. Nieśmiało kłania się zebranym.

BEZDOMNY: Dobry wieczór... Można bez kolejki? Ja tylko na chwilę...

WIESIA: Pan też z chorym pieskiem...

BEZDOMNY: Nie... To nawet nie jest mój pies. Znalazłem go... Ktoś go musiał wyrzucić... Ludzie to są bez serca.

BOŻENKA: (DO ZEBRANYCH, WSKAZUJĄC GŁOWĄ LILKĘ) Znamy takich...

LILKA: Nie wiem, czy Państwo zauważyli, że wszystkie chore tu zwierzęta to suki! Znaczy... Kobiety, no... to znaczy rodzaju ..... Te dranie nawet chorują mniej!

W poczekalni zapanowała zdziwiona cisza.

WIESIA: O przepraszam, ale to mój mąż umarł a nie ja, a wolałabym....

BEZDOMNY: Nie wiem, czy to pies, czy suka, niech pani zajrzy. Bo z charakteru to suka, przyczepił się jak baba. Co z nim zrobić, szkoda psa na takie życia jak moje.... Oddam go, to do szpitala a przy okazji ogrzeję się trochę i pójdę.

Z gabinetu wychodzi jakaś kobieta z kotem, za nią na korytarzu pojawia się Wanda. Spogląda na zebranych. Nie widzi jeszcze Lilki.

ANDRZEJ: Teraz my, z naszą Jadzią.

LILKA: O, nawet papuga to suka...

WANDA: Patrzy zła na LILKĘ. Chwileczkę... Właśnie wzeszła pierwsza gwiazda... Wszyscy są poruszeni. Życzę państwu i zwierzętom wszystkiego dobrego.... Ludzie z poczekalni milkną. Udziela im się świąteczny nastrój. Nagle dobiega głos LILKI, zanurzonej z głową w wielkiej torbie po psie....

LILKA: Ja mam przypadkowo śledzia. Może państwo się poczęstują... Śledź jest rodzaju męskiego, więc można go jeść bez skrupułów....

Wszyscy przyglądają się zdziwieni. Lilka wyjmuje śledzie i podchodzi do Wandy. Odtransportowałam ci tego psa, a przy okazji...

WANDA: Przepraszam, to moja mama....

LILKA: Bardzo państwa przepraszam, wejdę na chwile z psem. Proszę się częstować śledziem. Ja mówiłam, śledź jest rodzaju męskiego, więc.... życzę samczego, znaczy smacznego...

WANDA wpycha ją do gabinetu. Pukając się w głowę.

Scena 12

WNĘTRZE. WIECZÓR. PRZYCHODNIA. GABINET. LILKA, WANDA

Lilka i Wanda wchodzą do gabinetu.

WANDA; Czyś ty zwariowała! Przecież jesteś kompletnie pijana. Wiem, zafundowałam ci niezła wigilię... ale tak jest co roku, powinnaś się przyzwyczaić.

LILKA: Tak. Napiłam się! I mi nie zależy! Śmierć facetom! Wszyscy są kretynami, skoro żaden ciebie nie chce! I wcale nie jestem kompletnie pijana! Masz kłopoty? Dlaczegoś mi tego wcześniej nie powiedziała?

WANDA: Mamo, o czym mam ci mówić? Że życie mi nie idzie? Że się do niczego nie nadaję. Że nie umiem gotować, ale za to żadnego faceta nie mogę zaakceptować. Że jestem jakaś nienormalna, nie mogę się z nikim ułożyć, dogadać, porozumieć? Że rozumem się tylko z psem, z kotem, rybą? Że tylko z nimi się dobrze czuję? Mamo, ja mam 25 lat! Co roku robię listę postanowień, że nie będę chciała za dużo, tylko trochę, że będę otwarta, optymistyczna, pozytywnie nastawiona, tolerancyjna... i za każdym razem...To moja wina, ja wiem....

LILKA: Dziecko, możesz skończyć każdy kurs, ślusarski, gotowania, tańca towarzyskiego, jaki chcesz. Tylko po co to tym kretynom. Przecież to nie o to chodzi... Niech oni sobie sami skończą kurs gotowania, a ty przede wszystkim musisz myć głowę i się uśmiechać... Dla nich to jest najważniejsze. Przepraszam, mówię głupoty... Faceci to są tacy sami ludzie jak my, tylko zupełnie inni...

LILKA stoi zdumiona nad zlewem, w którym pływa całkiem spokojnie karp.

LILKA: Ty jesteś nienormalna!

WANDA: Niestety wiem. A o niego też się nie gniewaj. (Pokazuje psa). Wiem, że przesadziłam. Nie wiedziałam, co z nim zrobić a było mi go żal. Potrzymamy go tutaj na razie w szpitaliku. A potem, jak będzie zdrowszy, zastanowię się.

LILKA: (STANOWCZO) Nie. Zabieram go. Kto mi będzie pilnował dzieł sztuki? Kto mnie ochroni jak będę szła ze szmalem, z kolosalnym utargiem, co wieczór na pocztę...?

WANDA: Naprawdę weźmiesz go? Ja ci go będę leczyć za darmo!

LILKA: Wiem, wiem... W końcu mogło być gorzej... Mogłabyś być na przykład... (CHWILĘ SIĘ ZASTANAWIA) ... feministką. Wtedy zaczęłabyś mi zamiast zwierząt podrzucać jakieś skatowane przez mężów kobiety w ciąży i bez dachu nad głową...

WANDA: Feministką też jestem, tylko niepraktykującą... Na razie. Jakbym się napiła tak jak ty, to może...

LILKA: O Chryste! Rozmowa wigilijna...

WANDA: A ty, czemu chcesz mieć tę galerię? W takim złym punkcie?

LILKA: Bo na lepszy mnie nie stać.

WANDA: Z obrazami ludzi, o których nikt nigdy nie słyszał?

LILKA: A kto by o nich inaczej usłyszał?

WANDA: Nie rozumiesz, o co mi chodzi? O to, że ja ten kretynizm mam po tobie. Po chwili. Że też wcześniej na to nie wpadłam.

LILKA: (ZASTANAWIA SIĘ) Zawsze chciałam mieć coś swojego, a tylko to rozumiem i na tym się znam...

WANDA: To ty mnie tym zaraziłaś!

LILKA: Czym?

WANDA: Głupotą! Naiwniactwem! Infantylną wiarą w ten świat! Obejmuje Lilkę. No to jeszcze raz... Za kretynizm i naiwność! Wesołych świąt...

Ktoś puka do drzwi. Wychyla się bezdomny?