Oczko w pończosze- opowiadanie o kawie - pierwsza wersja2 października 2004 Siedziała, czy raczej półleżała, w rogu kanapy, w pokoju pełnym ludzi i wpatrywała się z przyjemnością, jak oczka w jej czarnych rajstopach biegną do góry. Nie miała ochoty na to przyjęcie. Na zaproszeniu, które położył jej na biurku był dopisek: mam nadzieję, i…chciałbym. Od jakiegoś czasu czuła jego zainteresowanie, ale wszelkie próby rozmów na tematy prywatne, wszystkie znaki z jego strony ignorowała lub ucinała bez pozostawienia cienia nadziei....A teraz siedziała tutaj i czuła narastającą falę niechęci. Krążył po mieszkaniu znakomicie spełniając rolę gospodarza, rozmawiał z każdym, pomagał, przynosił, częstował, uśmiechał się, znikał w kuchni, ale cały czas był przy niej, czuła to, i to jej przeszkadzało.- Coś ci jest? ¬le się czujesz? – pochyliła się nad nią Karina – jesteś w takim nastroju, że wszyscy boimy się podejść.- Chyba nie powinnam była przychodzić, psuję wam wieczór.- Może masz na coś ochotę? Przyniosę ci.- Napiję się kawy i pójdę - odparła- możesz mi to zorganizować?Biała kreska oczek na nodze doszła już do kolana, poczuła łaskotanie. Była wdzięczna Karinie za dyskrecję, za wyrozumiałość, za wszystko. Nad większością projektów pracowały razem, Karina zgadzała się być pomocnikiem, podczas gdy ona narzucała styl i cel, to jej pomysły były realizowane. Z kolei bez pracowitości, dokładności i wiecznego optymizmu Kariny, byłoby naprawdę trudniej. Przyjaźń związała je na zawsze, od momentu, kiedy stanęła w jej obronie, sprzeciwiając się właśnie jemu. Kiedy mu powiedziała, że kobieta, która wychowuje samotnie dwoje dzieci, zrobi dla nich wszystko, i że wykorzystywanie takiej sytuacji jest podłością. Stał potem ogłupiały dobrą chwilę, a kiedy wyszła z pokoju podobno coś długo tłumaczył, że nie miał pojęcia, że przecież, że przeprasza.- Patrzę od jakiegoś czasu jak oczko w twojej pończosze posuwa się coraz dalej i nie mogę się skupić – kolega z sąsiedniego biurowego pokoju chuchał erotycznie w jej ucho.– Spadaj Karol! Poza tym to rajstopy.– Jeśli chcesz, mogę w ramach koleżeńskiej pomocy uratować twój nastrój.- Ciekawe jak? Masz w kieszeni pończochy?– Nie, chodź ze mną do łóżka. Całowanie możemy opuścić.– Spadaj kretynie - zaśmiała się.- Jak to oczko nie przestanie, to my tu - wszyscy faceci - pomdlejemy, ostrzegam. Gospodarz tego przyjęcia już od dawna ledwo żyje.– Daj mi spokój. Idź pić dalej. Ja zaraz wychodzę. Zejdę wam z oczu, panowie.Zdała sobie sprawę, że jest jedyną kobietą w tym towarzystwie, która nigdy nie była w długotrwałym związku. Dlaczego tak jest? To ona psuje i ucina zawsze wszystko w momencie, kiedy znajomość niebezpiecznie zbliża się do stabilizacji? Dlaczego? Wszyscy mężczyźni ją po chwili nudzą, denerwują, rozczarowują, ograniczają, męczą, przeszkadzają? W każdym razie nie spotkała dotąd żadnego, z którym chciałaby dobrowolnie biec gdzieś dalej, dłużej, razem. Ma trzydzieści trzy lata i uczucie, że to dopiero wstęp do czegoś więcej… ale czego? Czego właściwie chce? Po prostu, tak jej dobrze. To jej wybór. Otwarta perspektywa, to jej odpowiada.– Zaraz dostaniesz kawę!- Karina odstawiła swoją filiżankę - podobno ta kawa dla ciebie będzie rewelacyjna... najważniejsza kawa w jego życiu - z chichotem pochyliła się nad nią, sięgając po długopis z leżącej nieopodal torebki.- Przestań. Nie lubię, kiedy ktoś się za bardzo stara. Nie lubię wymuszonych sytuacji.- Ile ty krwi umiesz napsuć człowiekowi! Ciśnienie mu skoczyło do 220. Ty małpo!- Nie obrażając małp. – mruknęła w odpowiedzi.– Słuchaj, czy facet który ma tyle lat, takie mieszkanie, tak wygląda i jest tym kim jest, może być sam? To nie jest normalne. On musi mieć jakiś feler, nie?– Nie wiem, nie będę tego sprawdzać, zaraz wychodzę.- Przyjdziesz jutro do nas na obiad? Mama na ciebie czeka, chłopcy też, nawet pies. A może poszlibyśmy gdzieś razem?- Nie mogę. Niedziela to mój dzień. Nie oddam go. Przyjdę w poniedziałek.Boże! Mama, pies, dwoje dzieci, kwiatki, rybki, ona by zwariowała! Tyle istnień wymagających pomocy, myślenia, zaopiekowania się……Muszę, swoją drogą, zadzwonić do mamy- pomyślała - bo zapomni, że żyję. Fundacja jest jej rodziną, zwróciłaby na mnie uwagę i zainteresowała się mną dopiero, gdybym nagle oślepła albo była zagłodzonym dzieckiem, to jedyna możliwość. - Odczep się! - krzyknęła na siebie w duchu - Odczep się! Masz wspaniałą matkę! Wspaniałego człowieka! Od kiedy umarł ojciec, całą miłość przelała z niego na innych! Jak to się robi? I skąd się bierze tyle miłości? Otwartości, gotowości, ofiarności? Tak bez namysłu, bez liczenia kosztów?! Ludzie są przecież tacy okropni! Idę, bez tej cholernej kawy – postanowiła, a oczka na nodze przebiegły szybko powyżej kolana.- Podobno masz ochotę na kawę. Przepraszam, że to tak długo trwało...Filiżanka zadrżała w jego ręku i… albo jej się wydawało, albo gwałtownie zbladł.– Dziękuję. Właśnie miałam wychodzić. Nie najlepiej się czuję i… no nic, przepraszam cię. Jeszcze raz wszystkiego dobrego z okazji urodzin.Stał bez marynarki, w białej koszuli, trzymając śmieszną ściereczkę z kuchni, i albo jej się wydawało, albo na ściereczce były muchomory. Idiotyczna ściereczka - przemknęło jej przez głowę - kto mu to kupił? Przecież nie on sam. Postanowiła wstać, oczka w rajstopach ruszyły z całą szybkością, wbiegły pod spódnicę. Czuła, jak zatrzymały się na ich zszyciu. Zauważyła skonsternowana, jak wbił wzrok w biały znikający ślad. - No nie! – pomyślała – bez przesady! Spojrzał na nią i albo jej się wydało, albo rzeczywiście był zawstydzony. – W takim razie jeszcze gorzej! – skwitowała bezgłośnie.- Bardzo mi przykro, że wychodzisz. Miałem nadzieję, że porozmawiamy, jak tylko się trochę „rozluźni” – speszył się. Miała wrażenie, że słowo „ rozluźni” wywołało w nim jeszcze głębsze zawstydzenie.– Przykro mi - bąknęła i zaczęła wstawać, ale on w rozpaczliwym geście, aby ja zatrzymać- albo wydawało się jej, że gest był rozpaczliwy- wysunął drżącą rękę z filiżanką, wylewając całą zawartość na jej nową, dla poprawienia nastroju rano kupioną, czerwoną suknię. Oboje zamarli. On, moment stał nieruchomo, potem w panice – albo jej się wydawało że to panika - rozejrzał się dookoła i dostrzegł zostawioną przez Karinę filiżankę z ledwie nadpitą kawą. Złapał ją i bez namysłu wylał sobie na głowę. Ze zdumienia nie mogła złapać tchu. Wstawała powoli, nie mogąc wyksztusić ani słowa a on cofał się z kawą ściekającą z głowy na białą koszulę znacząc ją brązowymi, podłużnymi plamami.… I nagle oboje, jednocześnie, wybuchnęli gwałtownym niepohamowanym śmiechem.No tym razem zostaję - postanowiła, a do niego powiedziała z uśmiechem: - Daj mi jakiś szlafrok... przebierz się i na razie zajmij się gośćmi... Sama zrobię sobie kawę – zdecydowała w myślach, i…… poczuła, że czuje się świetnie. Ach, to aromat tej kawy – uśmiechnęła się do siebie. |