MOJE FELIETONY PISANE DO GALI FILMOWEJ14 maja 2005 INGVAR AMBJORSEN ELLING MAMUSIN SYNEK Tłum. Maria Gołębiewska – Bijak Wyd. Replika Ten film zobaczyłam kiedyś nocą w telewizji. Nie mogłam się oderwać. Długo potem wracał do mnie jako temat, historia, problem. Prościutki, ślicznie grany, okazał się dla mnie ważniejszy niż myślałam. Potem uświadomiłam sobie, że „ Elling” to ten film, o którym się tak dużo mówiło, ten nagradzany na wielu światowych festiwalach, u nas, podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego – „ulubieniec” publiczności, uhonorowany nagrodą przez publiczność festiwalu właśnie przyznawaną. No właśnie. Dlaczego ludzie lubią takie opowieści, dlaczego są im potrzebne, dlaczego właśnie takie są im bliskie? To proste. Bo przywracają wiarę w człowieczeństwo, w przyjaźń, bezinteresowność, więzy międzyludzkie. Bo ludziom potrzebna jest nadzieja, uśmiech, wzruszenie, prostota. Bo jeśli wszyscy mamy problemy z tym światem i życiem, naturalne jest, że szukamy czegoś, co jest nam bliskie, z czym możemy się porównać i wyjść z porównania, jeśli nie zwycięsko to z poczuciem, że jesteśmy w lepszej sytuacji niż bohaterowie. Ciepła zabawna historia o przyjaźni dwóch mężczyzn, pokrzywdzonych przez Boga i życie, cierpiących na rozmaite lęki, psychiczne zahamowania czy wręcz opóźnionych, i ich marzenia i tęsknoty, problemy - podobne do naszych, ale z perspektywy takich bohaterów, od nas „gorszych” jakby wyraźniejsze, dotkliwsze. Wychodzi właśnie w Polsce książka, światowy już w tej chwili, bestseller Ingvara Ambjornsena, według którego nakręcono film. Scenariusz filmowy znacznie odbiega od książki, w książce jesteśmy z tytułowym Ellingiem i jego przyjacielem Kjellem przez pierwszą część w Zakładzie Opieki. Druga część to wspomnienie Ellinga o matce, opis ich wzajemnej relacji i wzajemnego przywiązania, jego podróż z nią do Hiszpanii, i opis przeżyć takich jak pierwsze pakowanie się na dłużej, wyjście do ludzi, podróż samolotem czy kolacja w restauracji. Kilkustronicowe dywagacje na temat pierwszego w życiu kieliszka sherry, czy pobytu na plaży pełnej prawie gołych dziewcząt. Wzruszjace i zabawne, opisy zmagań z zadaniami dla większości z nas prostymi, dla niego ostatecznymi, niewykonalnymi, przerażającymi. Zapisy wewnętrznej walki o zachowanie godności i uznania wśród innych, lęku przed śmiesznością, oraz całkowitej bezradności na temat miłości, istot słabszych, głodnych czy potrzebujących. Mieliśmy już takich historii, książek, filmów mnóstwo. W naszej literaturze, co prawda, nie przychodzi mi na myśl przykład tego rodzaju bohatera, „świętego głupka” opowiadającego o świecie i kondycji ludzkiej. Szkoda. To lubiani bohaterowie. Potrzebne historie. Wciąż je chętnie przyjmujemy, czekamy na nie. Mamy na nie czas. Zatrzymują nasz bieg, zwalniamy rytm żeby je przeczytać, obejrzeć, żeby znów uświadomić sobie coś, w co straciliśmy nadzieję biegnąc. A ta jest napisana z miłością do ludzi i świata i z wielkim poczuciem humoru. Pobądzcie z nimi, z Ellingiem, przez moment. Jestem pewna, że dobrze wam to zrobi, no chyba, że zdenerwuje was ta zbyt wielka naiwność, zbytnia prostota i przesadna prostoduszność, tak bohaterów jak autora. Ale pamiętacie także czytając jak potrzebni byli i są nam wszystkim i Książę Myszkin, Lenni Small z „Myszy i ludzi”, Mateusz z „Żywota Mateusza” Indianin z „ Lotu nad kukułczym gniazdem”, Forest Gamp, czy choćby wiele postaci z filmów Felliniego. Ile się od nich nauczyliśmy i ile im zawdzięczamy. Anna Prucnal, Jean Mailland – JA URODZONA W WARSZAWIE- Wydawnictwo Literackie. Wszyscy lubimy czytać pamiętniki, wspomnienia, dzienniki. Na każdym etapie życia z innych powodów. W młodości, kiedy w naszym życiu jeszcze nic nie jest pewne, jeszcze drogi otwarte, perspektywy szerokie, jeszcze szukamy samych siebie, czytamy zachłannie żeby się porównać z innymi, dokonać wyborów i samookreslić w stosunku do innych, w stosunku do innego losu, innego życia, innego sposobu myślenia i „czucia”. W tych lekturach szukamy dla siebie nadziei na własne marzenia i staramy się pobrać nauki dla własnego życia. W wieku średnim, czytamy pamiętniki i wspomnienia już „osobni”, już określeni pierwszymi wyborami i własnymi doświadczeniami życiowymi, czytamy je jak partnerzy a nie jak uczniowie i marzyciele. Potem czytamy te lektury, dla przyjemności, aby się czegoś dowiedzieć, czytamy z nostalgią i filozoficznym zastanowieniem, a poza tym od pewnego momentu życia każdy z nas coraz trudniej znosi fikcję, interesują już tylko fakty i historie prawdziwe, z życia wzięte. Nie wiem czy wszyscy tak „ mają”, ja w każdym razie tak „mam”. Na wspomnienia pani Anny Prucnal rzuciłam się zachłannie, i przebiegłam przez nie lekko, na palcach, jakbym z nią tańczyła lekko zamyślona, roztargniona, czasem wzruszona, ale przede wszystkim uśmiechnięta. Ta książka, to życie, ma wdzięk i lekkość. Podwójna narracja nadaje tej opowieści charakter „niezobowiązujący” a poczucie humoru i apetyt na życie bohaterki, umiejętność śmiania się z samej siebie sprawia prawdziwą przyjemność. Życie i historia swobodnie szybującego, pełnego wdzięku delikatnego dmuchawca, niesionego przez wiatr, los. Szczęśliwe spotkania, dary losu w postaci ludzi, propozycji zawodowych, przyjaciół, mężczyzn. Praca i sukcesy, osiągane bez zaciśniętych pięści, z uśmiechem, wdziękiem, bez zbędnych łez. Urok dziecka, ufność, naiwna wiara w ludzi i prostota. Pozytywna energia z domieszką radosnego szaleństwa. A potem na końcu książki jej biografia artystyczna i zdumienie, tyle ról, tyle wciąż nowych spektakli, recitali, podróży, tourne, nagranych płyt, tyle koncertów….w domyśle sukcesów, kwiatów, tłumów, zachwytów, w domyśle, bo w opowieści nie ma o tym prawie słowa. No tak, ale wspomnienia kończą się w momencie wyjazdu na stałe z Polski, przed początkiem pasma największych sukcesów i radości zawodowych. Książka została wydana najpierw we Francji, i czytając ją zastanawiałam się czy była pisana bardziej dla Francuzów czy dla nas, nie widać wyraźnej decyzji, ale zdania takie jak ….Ci , którzy chodzą na Messe de Minuit ( mszę o północy, czyli naszą pasterkę), muszą uważać , bo odbywa się o dziewiątej wieczór….czy wspomnienia o Agnieszce Osieckiej, Aleksandrze Bardinim, Leonie Buczkowskim, Stanisławie Perzanowskiej, słowa o Stanisławie Tymie i wielu innych są na pewno bardziej dla nas, tysiące drobiazgów szczegółów, tylko tu właściwe zrozumiałych. O wszystkich dobrze, o wszystkich z wdzięcznością, o wszystkich z entuzjazmem….Na końcu książki Aneks I – fotokopie dokumentów znajdujących się w jej „teczce” w Instytucie Pamięci Narodowej. Donosy, opisy jej zachowań, kontaktów, rozmów. Przeczytała je, kiedy książka była dawno napisana, zdecydowała się w wydaniu polskim na dołączenie aneksu. Pisze o tym tak…. Była to dla mnie lektura wstrząsająca, choć nie bark w niej elementów komicznych i groteskowych. Wstrząsająca, bo nie zdawałam sobie sprawy, ilu miałam biografów, zanim napisałam sama o sobie. W Polsce byli moimi przyjaciółmi, otaczali mnie, przyjmowałam ich później w Paryżu i w Kanadzie. Młody czytelniku! Masz szczęście, że żyjesz w Wolnej Polsce… I ten aneks, te dokumenty, ta refleksja czyni te książkę zupełni inną. Nadaje jej, dla nas wszystkich czytelników w Polscesmak goryczy, wrażenie, że po zjedzeniu ciastka z kremem został dziwny smak trucizny, teraz tylko czekamy na efekt…..czy śmierć nastąpi za chwilę , czy będzie trzeba czekać dłużej, czy umierać będziemy w męczarniach czy odbędzie się to szybko, w każdym razie umieramy i uśmiech zastyga nam na ustach… Poszłam na warszawską promocję książki pani Anny, na sali przyjaciele, rodzina, masa znajomych, kwiaty dawnego STS-u, także młodzi ludzie. Panni Anna dalej uśmiechnięta, w szampańskim humorze, otwarta i ufna, chętna żeby dla ans śpiewać, wystąpić opowiedzieć o sobie tak jak lubi najbardziej, śpiewając. Cienia żalu, cienia pretensji, nawet cienia jakiegokolwiek cienia. Poczułam podziw i wdzięczność. Pomyślałam „ to najwyższa szkoła jazdy” tak się umieć zachować. Polecam tę książkę.
„Zanim zapadnie noc”- Reinalda Arenasa Wychodzi słynna już dziś, autobiografia pisarza i poety kubańskiego, Reinalda Arenasa „Zanim zapadnie noc”. Cenionego, nagradzanego autora, dysydenta kubańskiego i homoseksualisty, który umarł popełniając samobójstwo w 1990 roku, będąc w ostatnim stadium AIDS, w Ameryce. Książka – autobiografia, słynna dziś głównie za sprawą filmu nakręconego według niej, filmu Juliana Schnabela nagrodzonego na festiwalu w Wenecji, ze wspaniałą rolą Javiera Bardema, także narodzonego na tym festiwalu, nominowanego za tę rolę także do Oskara i do Złotego Globu. Książka wychodzi w Polsce z dopiskiem – Wydarzenie! Pewnie słusznie. Ja rzuciłam się na nią zachłannie i przeczytałam jednym tchem. Zamknęłam na koniec wstrząśnięta, ale dziś, kiedy mam napisać do was o tej lekturze kilka słów, stanęłam bezradna. Po pierwsze, jest to książka na wpół pornograficzna, a opis świata, człowieka, jego kondycji i biologii, jego pragnień i potrzeb intelektualnych i emocjonalnych, opis rewolucji kubańskiej, okrutnego reżimu Fidela Castro, życia na Kubie i wszelkich zmagań ludzkich z losem pod dyktaturą najpierw Batisty a potem Castro, wszystko to widziane z punktu widzenia świata homo- budzi mój bunt i opór. Człowiek – artysta- autor, który całe swoje życie przeżył upodlony, ścigany, poniżany, pozbawiony elementarnych praw i możliwości, człowiek, który - symbolicznie to nazwijmy - cały czas miał przystawiony pistolet do głowy, nawet na wygnaniu, nawet po ucieczce z Kuby, a zauważający i opisujący na pierwszym miejscu rozmiar i atrakcyjność genitaliów mężczyzny trzymającego pistolet, zastanawia mnie i szokuje. W tym koszmarnym, ale i jednocześnie fascynującym, wyrazistym, drapieżnym, świecie przemocy, szaleństwa, sztuki, tęsknot i literatury, przede wszystkim króluje zwierzęcy popęd seksualny i bolesna rozkosz, za którą mężczyźni opisywani tam a także on sam, bohater, gotowi są oddać życie i narażają życie bezustannie. Piszę mężczyźni, bo kobiet w tej książce nie ma, a jeśli są, są potworami, porzuconymi przez mężczyzn i wzdychającymi do mężczyzn monstrami. Nie ma tam też prawie hetero, a jeśli są też marzą o mężczyznach. Nie tam nie tylko zwykłych kobiet, nie ma też ludzi, zwierząt, uczuć, prawa, zasad, moralności, przyjaźni, lojalności i honoru. Nie ma miłości, przywiązania, tkliwości i prostoty. Albo, wszystko to jest, ale tak wynaturzone przez biedę, głód, popęd, strach, kłamstwo, okrucieństwo, zdradę, brak zaufania i samotność, system polityczny, w którym przyszło tym istotom żyć, tak zniekształcone, że jest to trudne do zrozumienia, nie mówiąc o akceptacji opisów tych zdarzeń. Często powtarzane przez autora zdanie „Kuba jest piekłem” powinno być tu uzupełnione o przymiotniki związane z najprymitywniejszym popędem seksualnym zmienajacym ludzi w zwierzęta gotowe spółkować z największym wrogiem. Świat gejów, jego drapieżność i wyrazistość, gwałtowność i bezkompromisowość w formie i treściach, to obszar w kulturze światowej ogromny, przeogromny. Niezwykle ważny i znaczący. Rozumiem go i pociąga mnie arcydziełami kultury, wybitnymi dziełami literackimi, czy choćby filmowymi właśnie. Ale jako człowiek stoję na progu tego świata oszołomiona, onieśmielona i obca. Ich dzieła, wyobraźnia, energia i wyrazistość są wspólne nam wszystkim, uniwersalne, ale opisane tak jak tu, w tej biograficznej opowieści, przerażają tak samo jak najokrutniejszy najbardziej represyjny i nieludzki system totalitarny. Okrucieństwo, sadyzm, zdrada i brak wszelkich norm i godności opisywane jako przygoda intelektualna i życiowa, z dosadnością godną wiecznego szczytowania zostawiła mnie na progu, mnie wychowaną na „ Archipelagu gułag” „ Na nieludzkiej ziemi” „ Zwyczajnym faszyzmie” i wszelkiej innej literaturze, gdzie walka o godność ludzką i człowieczeństwo jest głównym tematem. Książka ta zostawia mnie na progu, z ręką na klamce drzwi, których nie chcę szerzej otwierać. PS. Przez moment zastanawiałam się czy książka ta nie jest rodzajem prowokacji artystycznej, bo dla informacji, w książce roi się od wszelkich szczegółów opisujących życie najwybitniejszych twórców żyjących wtedy na Kubie i w Ameryce Łacińskiej, z naszym Gombrowiczem włącznie, przedstawionych jako nieszczęsne wraki ludzkie, geniusze, złamani przez bezlitosny system ścigania i represji, w którym, według tej lektury tylko Fidel Castro był hetero a i to jest niepewne, ale uznałam, że jest to najszczersze wyznanie wyplute w twarz światu, pełne oskarżenia i pretensji. I nie ma, co mówić, wyznanie mimo wszystko fascynujące. WEJŚĆ TAM NIE MOŻNA – EWA BŁASZCZYK, KRYSTYNA STRĄCZEK. WYDAWNICTWO - ZNAK. Ewie Błaszczyk przychyliłabym nieba. Od kilku lat obserwujemy w środowisku tragedię jej i jej dziecka z opuszczonymi głowami, a walkę Ewy o córkę z szacunkiem i podziwem. Ja z fascynacją, choć to może nie najlepsze słowo, należną herosom, półbogom, „nadistnieniom”. Najpierw, kilkanaście lat temu dowiedzieliśmy się i obserwowaliśmy walkę Ewy i Jacka Janczarskiego, jej męża, o życie dwóch zbyt wcześnie urodzonych bliźniaczek, śledziliśmy nowiny ze szpitala wstrzymując oddech, potem na wiadomość o nagłej przedwczesnej śmierci Jacka i gwałtownej kilkudniowej rozpaczliwej bitwie Ewy z czasem, lekarzami i szpitalami o ratunek dla jego serca, byliśmy całym sercem razem z nią jej dziećmi, a po śmierci Jacka, przyjaciela wielu z nas, wspaniałego człowieka, urodził się w nas bunt i protest przeciwko losowi, jaki zgotowało im życie, krzyczeliśmy, dzwoniliśmy, pisaliśmy listy do Ewy, kiedy miesiąc później zdarzyła się tragedia z jedną z dziewczynek Olą, oniemieliśmy ze zgrozy, zamilkliśmy, ucichliśmy, i ten stan trwa do dziś. Tragedia przerosła naszą wyobraźnię, wyobrażenia, możliwości rozumienia. Do tego się nie kończy, trwa od czterech lat, rozwija się przed naszymi oczami, potężnieje, rośnie, jak największe tragedie greckie, a Ewa, jej ból, postawa, zmagania godne są wszystkich bohaterek antycznych na raz, wszystkich szekspirowskich i wszystkich innych także. Nie wiedziałam ze powstaje taka książka. Najpierw, kiedy zobaczyłam rozklejone na ulicach zdjęcie Ewy, miałam ścisk serca i z nawyku wewnętrzną prośbę żeby jej się jej nic nie stało, pomyślałam że jest to akcja promująca jej Fundację, którą stworzyła, aby pomóc swojemu dziecku i wielu innym w podobnej sytuacji potrzebującym pomocy, kiedy zrozumiałam, że to plakat rekamujacy książkę, trochę się przestraszyłam, brałam ją do ręki z lękiem, otworzyłam z wątpliwością, a potem, kilka godzin później, nad ranem zamknęłam z wdzięcznością i ze zdumiewającym uczuciem, jakby pogodzona ze wszystkim. To książka wspaniała, potrzebna każdemu, niezależnie od tego, kim jest, ile ma lat, jakie ma doświadczenia życiowe, jak żyje, gdzie i jak ma zamiar dalej żyć i czy ma zamiar zmagać się z tym światem i swoim na nim miejscem, czy od razu się poddać i dać się tylko nieść kolejnym dniom. To książka o pogodzeniu, nadziei, radości, harmonii, logice świata i znalezieniu sensu wyższego. Ewa opowiada całe swoje życie, opowiada o aktorstwie, swoich radościach zawodowych, opisuje poznanie i samego Jacka, ich małżeństwo, mówi o swoich rolach, nadziejach, sukcesach i porażkach zawodowych, które wypełniały całe jej życie i wszystkie emocje sprzed dzieci, kończąc zdaniem….dziś wydaje m się że moje życie przed rokiem 2000 usłane było różami….potem opisuje wszystko co się wydarzyło potem, w sposób lakoniczny i poruszający. Zastanawia się nad tym, szuka w tym sensu i to jest serce tej książki. Napisana bezpretensjonalnie, z czystych oczywistych intencji, lekkim, wdzięcznym piórem, z wieloma błyskotliwymi spostrzeżeniami, i zdaniami niosącymi czytelnikom tak dużo, że są prawdziwymi prezentami dla nas wszystkich. Zresztą mówią tam dla nas lekarze, przyjaciele Ewy, współpracownicy z fundacji, wiele osób. Czytałam książkę zbyt zachłannie, aby te najważniejsze zdania, choćby dla mnie, zaznaczać, ale kilka z nich cytuję na chybił trafił: ...Ja wierzę, że cierpienia mają sens. Wiodą do jakiegoś celu. Już nawet zaczynam się do nich uśmiechać( Ewa)……Zgoda na śmierć bliskiej osoby jest możliwa. Przychodzi z czasem. Ale tylko wtedy, gdy ma się poczucie, że i ja, i lekarze zrobiliśmy wszystko, alby do niej nie dopuścić. Jeśli przegrałaś uczciwej walce, możesz dalej żyć. Kiedy zaś myślisz w kółko o tym, ze nie było cię stać na pomoc, nabierasz przekonania: „ jestem nic nie warta!”. Jak masz wtedy szanować sama siebie?( Ewa) …Staram się omijać szerokim łukiem osoby nieodpowiedzialne, które kradną czas, a nie dają nic w zamian. Próbuję te osoby zrozumieć i zachować spokój. Nie zawsze mi to wychodzi. Ale się uczę. ( Ewa) …Nie warto marzyć. Lepiej poddać się temu, co niesie życie. Rzeczywistość przekracza wyobraźnię ( ks. Wojtek Drozdowicz)…Ona jest dla mnie symbolem odwagi i zaciętości. ( Jerzy Satanowiski) …W cierpieniu Ewy, w jej dramacie związanymze śmiercią Jacka i wypadkiem Oleńki są łzy, krew i ból, ale nie ma rozpaczy odbierającej miłość (Ryszard Peryt) ...Mama! Mam w uszach jej krzyk. Pamiętam go. Nie wiem, gdzie jest w tej chwili, w jakich mrocznych czeluściach, ale wciąż słyszę, jak mnie woła. Nie mogę przestać walczyć. Gdybym przestała do końca życia czułabym się winna. Ten krzyk, który wydała z siebie po siódmej dobie, mnie determinuje. Daje mi siłę( Ewa)…Pomóżcie mi! Jak to kiedyś zwrócę!( Ewa)... Córka Ewy nie odzyskała przytomności do dziś. Jest w domu, otoczona opieką bliskich. Upływa ponad cztery lata od wypadku. Ewa założyła fundację „Akogo” i postanowiła walczyć do końca o pomoc dzieciom potrzebującym pomocy, w podobnej sytuacji do jej dziecka. Widzi w tym cały swój sens. Mówi: Może po to się to wszystko stało żebym to zrobiła? Spotkałam ją przypadkiem wczoraj wieczorem, siedziała drobniutka, spokojna i uśmiechnięta z córeczką Manią, drugą z bliźniaczek, przytuloną do jej ramienia. Każde spotkanie z Ewą teraz, każde kilka słów pozostaje we mnie na długo. Zawsze pytam sama siebie czy ten Krzyż, taki Krzyż nie byłby ponad moje siły. Czy bym go uniosła i niosła tak długo i tak jak ona? Ilu ludzi umie i może się na to zdobyć. Na koniec cytat, zaskakująca w gruncie rzeczy, wypowiedz, pani doktor Sieradzkiej także z tej książki: „Kobieta nigdy nie porzuci dziecka, trwa przy nim do końca. Dlatego matki, z którymi się stykam, są samotne. Ale za każdym razem reaguję na tę wieść zaskoczeniem, bo nie rozumiem jak można w takiej sytuacji zostawić żonę bez oparcia. Nie przypominam sobie ani jednego przypadku odwrotnego: by kobieta odeszła, a mężczyzna został”. Chciałabym podziękować także pani Krystynie Strączek za tę książkę, za sposób, w jaki opowiedziała tę historię.
„ Twarze w tłumie” Iwony Kurz Chciałabym polecić państwa uwadze książkę „ Twarze w tłumie” Iwony Kurz. Książka ma podtytuł „ Wizerunki bohaterów wyobraźni zbiorowej w kulturze polskiej lat 1955-1969” a autorka zajmuje się szczegółowo czterema legendarnymi, gwiazdami tamtych czasów - Jerzym Skolimowskim, Elżbietą Czyzewską, Kaliną Jędrusik oraz Zbigniewem Cybulskim, (choć dużo tam także o Marku Hłasko, Romanie Polańskim, Andrzeju Wajdzie), przyjmując założenie, że niosą oni w sobie jakąś szczególną wartość, kluczową dla świata i czasów, w których żyją a ich „wyjątkowość” z kolei, jest warunkiem koniecznym narodzin legendy. To fascynująca książka, opisująca fenomen powstania mitu o tych artystach na tle kalendarza politycznego czasów nazywanych dziś „ gomułkowskimi”, okresu od momentu, kiedy Władysław Gomułka objął władzę w Polsce w październiku 1956 na fali odwilżowych przemian do grudnia roku 1970, kiedy oddał władze w grudniu 1970 roku, bezpośrednio na skutek wydarzeń na Wybrzeżu, ze szczególnym omówieniem kryzysu politycznego w marcu 1968 roku kulminującego się w nagonce antysemickiej i antyinteligienckiej. Tak, więc na tle politycznych zmian, które miały wielki wpływ na wszelkie przemiany w PRL, zmiany w kulturze także. Dziś ten okres, nazywamy także „okresem małej stabilizacji”, „czasem tęsknoty za czymś innym” szczególnie, że poprzedzały go w sztuce lata realizmu socjalistycznego. Czas, w którym doktryna i zbiorowość panuje nad indywidualnym bohaterem, autorka zaś wpisuje swoich bohaterów z lat sześćdziesiątych w kontekst „zobowiązań publicznych” jak to nazywa, a „odwilż 56 roku” definiuje jako narodziny „ prywatności”- powrót do emocji, „ ja” i czucia… Jest to fascynująca próba analizy legendy tamtych czasów, mitu „osób większych niż życie” jak ich określa, próba zastanowienia nad fenomenem, tajemnicą powstawania i potrzeby posiadania „gwiazd”, subiektywną próba, jak zastrzega autorka, poprzez wybór konkretnych osób. Pierwsze zdanie książki to cytat z Wiktora Woroszylskiego…. Miłość do gwiazd jest rodzajem więzi społecznej…. a tuż później inny cytat z Richarda Dyera … gwiazdy to towar przedstawiony widzom przez twórców i producentówjako projekcje potrzeb i emocji widzów…w wizerunku gwiazdy można szukać wspólnych wartości…Pamiętajmy przy tym, że producentem w Polsce było państwo socjalistyczne z całym systemem represji, co książka przedstawia opisując kleje losów gwiazd, opisy ich wyborów życiowych podejmowanych osobistych konieczności osobistych i zawodowych , oraz komentuje tę sytuację poprzez ich kariery i recenzje o nich. Tak wiec mamy Jerzego Skiolimowskiego - głos we własnym imieniu, twórcę, który po raz pierwszy zwrócił kamerę na samego siebie, po raz pierwszy rzeczywistość opisywał z perspektywy wewnętrznej, bez cienia sentymentalizmu, outsider, który do nikogo ani niczego nie należy. Elżbietę Czyzewską – odpowiedź na wołanie o polską dziewczynę- młodą, prostą, naiwna, harda, pozbawiona dystansu wobec siebie i świata z „ Kochankami i z ulicy Kamiennej” Osieckiej na ustach, nieprawdopodobnie utalentowaną, nowoczesną, najpopularniejsza w plebiscytach publiczności, odmienna od gwiazd zachodnich, zbuntowana przeciwko wszystkim innym, i wszystkiemu, osamotnioną we „Wszystkim na sprzedaż” Andrzeja Wajdy, do którego to filmu została zaangażowana, mimo oporów władzy po 68 roku. Kalinę Jędrusik- wcieloną kobiecość, uosobienie skondensowanego seksu, zmartwienie żon, wielka gorszycielkę, nieprzyzwoitą, kontrowersyjna aktorkę jak pisano, usuniętą z ekranów jak głosi legenda personalnie przez zgorszoną nią żonę Władysława Gomułki a także przez barak tolerancji i gotowości w społeczeństwie, na obraz kobiety, która manifestuje seksualność jako indywidualną ekspresję i przyjemność, za przekroczenie ciała i obyczajności….i wreszcie, Zbigniew Cybulski – Maciek Chełmicki, największa polska legenda, gwiazda, szczególna twarz i szczególny aktor, twarz która pokazała Polskę światu,twarz - portret zbiorowości, Cybulski - symbol pokolenia a w każdym razie „ niepokojów całego pokolenia” od roli w „ Popiele i diamencie” Andrzeja Wajdy. Ojciec aktorstwa filmowego, własność wszystkich i każdego z osobna, wcielenie losu, który przypadł Polsce i Polakom. Bohater opętany historią. Gwiazdy, legendy narodzone w socjalistycznej kulturze i kinematografii, „która zmierzała do likwidacji gwiazd, ponieważ prymat przysługiwał sprawie”. Ulubieńcy, bohaterowie niespełnionego, garbatego pokolenia. Aktorzy, utrwalający i podtrzymujący swe legendy kolejami prywatnego życia, które w tej książce również znajduje swój opis i analizę. Książkę przeczytałam jednym tchem, inkrustacje w postaci recenzji i szczegółów z epoki, wprawiały mnie czasem w zdumienie, a osobne omówienia kontekstów społecznych, obyczajowych czy próba opowiedzenia o losach seksu, scen miłosnych czy erotyki w polskim filmie, bardzo mnie rozbawiła. Wspomnienia z tamtych lat, jadem zatruwają tylko cytowane recenzje i notatki z ówczesnej pracy, cytowani krytycy reżimowi, którzy i potem, kiedy ja zaczynałam swoje życie filmowe wciąż „ brudzili” nam krajobraz, psuli krew i odbierali nadziej i radość. Wielu z nich pisze do dziś. W książce jest jedno zdanie, które mnie zdumiało… Obecnie powstaje coraz więcej prac historycznych powiększających wiedzę o PRL. Publikowane są teksty odsłaniające kulisy działania władzy, dla historyków istotne znaczenie ma otwarcie archiwów. Pisząc o kulturze PRL nie można zapomnieć o cenzurze, o projektach, które nie mgły byćzrealizowane……Coraz częściej spod piór historyków wychodzą prace podejmując różne wątki także życia codziennego…Swoje słowo dodają też nieliczne jak dotąd, teksty pisane z perspektywy tender. Ta perspektywa jest mi bliska, ponieważ widzi jednostkę w napięciu między prywatnym a publicznym, ( jako że definiuje płeć jako konstrukt kulturowy) oraz w napiecu miedzy rolą męska a żeńską….Przy czym wydaje się ze lata sześćdziesiąte wymykają się podobnej analizie – pisze się o kinie socrealistycznym, a potem interpretuje twórczość Barbary Sass i role Krystyny Jandy w latach siedemdziesiątych, ale miedzy nimi – jakby nic nie było…..po przeczytaniu tego oniemiałam, dla mnie Krystyny Jandy której przyszło pisać tę recenzję ” Popiół i diament „ „ Rysopis” „ Wszystko na sprzedaż” „ salto” „ Pętla” „ Ósmy dzień tygodnia” „ Baza ludzi umarłych” „ Niewinni czarodzieje” „ Matka Joanna od aniołów” to te najważniejsze, to, co było bardzo, bardzo, bardzo….z punktu widzenia tender także…a teraz jeszcze bardziej, dzięki tej książce. Książka jest pracą doktorską w Instytucie Kultury Polskiej na Wydziale Uniwersytetu Warszawskiego, obroniona w grudniu 2002 roku. |